Thursday, October 14, 2010

Gdańsk o poranku..

.. sierpniowym. Budzi się miasto i Jarmark Dominikański. Jeszcze ostatnia drzemka, ziewnięcie Mariackiej i ... do pracy!








Zmiany, zmiany, zmiany.... *** Changes, changes, changes....

.... postanowiliśmy, że blog przekształci się w opowieści o naszym jeżdżeniu w różne zakątki tam i tu. Na pierwszy ogień ostatnie wakacjones w Polsce - jest co pokazywać m.in. ze ściany wschodniej, Gdańska i jeziornych uciech.
Do zoba wkrótce!

We decided to transform this blog into a story about our travel in general. Firstly - holidays in Poland, yes, there is a lot to show from among others Eastern Poland, Gdansk and fun at the lake.
See you soon!


(do not feed the bears!)

Wednesday, October 13, 2010

Baj baj Amerika!!













Rain Forest czyli bardzo mokry las

... położony w parku narodowym Olimpia, niedaleko La Push. To miejsce z najwyższym średnim opadem deszczu na rok w całych Stanach, a co z tego wynika >> na zdjęciach poniżej.






A to "drzewko" zaczyna się przy mnie a kończy tam daleko przy Almie, tiaaa, ponoć z takiego pnia można zbudować dwa domy:-)



Czy z tego telefonu da się zadzwonić??



Na trawniczku natomiast da sie przyciąć komara! Oj, męczący ten godzinny spacer po bardzo mokrym lesie:-)

Quileute Nation



... to plemię, a właściwie to, co z niego zostało; plemię zamieszkujące La Push i okolice.
Mieliśmy wyjątkowe szczęście, że akurat podczas naszych 6 dni w La Push odbywało się comiesięczne spotkanie lokalnej społeczności, jak się okazało z przesłaniem zapobiegania alkoholizmowi i przemocy w rodzinie, będącymi dwoma ogromnymi problemami w wielu rezerwatach indiańskich w Stanach.

W La Push ekipa grała na bębnach i śpiewała tak, że ciarki szły po plecach!

The Quileute Nation is one of the Native-American tribes, that comes originally from the La Push area. We were lucky that during our six day stay there was a meeting of this local indigenous community looking at the problem of alcohol and drug addiction that is so prevalent in many reservations in the States.

The drum band played and sang so powerfully that I had electricity going down and up my spine!








Trzy pokolenia przy jednym bębnie...

Three generations at one drum...



... i kilkaów od 'starszyzny' plemiennej (z własnego doświadczenia), dlaczego jest tak bardzo lepiej grać na bębnach i podtrzymować tradycje plemienne, niż pić, czy brać narkotyki. A podtrzymywanie tradycji to między innymi wyprawa czółnami po morzu śladami polowań na wieloryby.. zamarzyło mi się dołączenie do takiej przygody:-)

... and words from the tribe elders why it is so much better to play drums and follow tribal traditions than drink or take drugs. One of the traditions is following the ancestors' trails of whale hunting.. I would love to do it with Quileute people:-)

To spotkanie było jak słońce na szarym niebie, szarym jak indiańskie La Push następnego dnia we mgle... Obraz nieco inny niż piękne zachodyońca nad klifami i plażami. Dobrze, że wioska i plaże, widoki, zachody tak blisko siebie:-)

This meeting seemingly cast a ray of sunlight on our gray surrounding, both the sometimes grimly gray village of La Push and the hazy weather that enveloped us.

A bit different set of pictures here than those of beautiful sun over the cliffs and beaches. It is somehow good that the village lies so near onto these beaches, sunsets and views. The village is at times so grim that without this setting there could be so little to enjoy here:-)








(prawdziwy mężczyzna nie bije)



Do zobaczenia, darlin' La Push!

See you, darlin' La Push!

Sunday, October 3, 2010

La Push i ... juz!!!!

Jak pisałam, La Push to dla mnie najjaśniejszy punkt na mapie naszej podróży. Czy z powodu przestrzeni oceanicznych? Czy dlatego, że tak dziko? Że plaże tak szerokie? Klify tak wysokie? i ten szum zawsze fal o brzeg..? Pewnie wszystko razem... A do tego doprawione szczyptą kultury indiańskiej, której niespodziewanie udało nam się posmakować. O tym w następnym wpisie.
Postawiliśmy naszego kampera prawie na plaży, więc widok na ocean oraz zachody trwał a ja z nim w fotomaniactwie. Każdego wieczora robiłam zdjęcia na długich czasach, co wieczora trzeciego doprowadziło do buntu Daryla i Almy:-) Warto było, bo przez to wydłużanie czasu zatrzymuje sie w kadrze jakas totalna magia, inne kolory, powłóczystość, mgiełka, duchy surferow i co tam sobie wypatrzycie...

Następnym razem w Stanach wracamy do La Push... i już!

As I wrote earlier -- La Push for me was the most beautiful moment of our American trip. Is it because of the feeling of space? Because of the wildness or beaches so wide and cliffs so high? Or, is it all of these coupled with the sound of the waves hitting the seashore? Probably everything together. Additionally, it is the pinch of Native American flavor and culture that lends that final touch of "exotic otherness" to this place (as described in the next post).

We parked our motorhome almost at the beach so the view to the ocean and sunsets was a constant pull, as was my photomania. Each night I was taking long-exposure pics and didn't spend much evening time with Alma and Daryl, which finally caused a little dissatisfaction with me:-)) But it was worth it! Because of these long exposures there is a certain magic captured in these frames, with unusual colors and surfers' ghosts combining with
the hazy atmosphere of this driftwood graveyard of the mighty cedars of the Olympics.

Anyway, next time in the States -- we come back to La Push DEFINITELY!

A było to tak... pierwszy widok z okna samochodu wstrzasnął mną, choć na tym zdjęciu tak nie wygląda..

The first view of La Push taken from behind car window tore me into pieces although it does not look so fantastic here...



.. potem pierwszy spacer w tym niesamowitym słońcu na około dwie-trzy godziny przed zachodem..

.. then the first walk in this incredible sun about 2-3 hours before sunset..




.. z takimi pozostałościami "drzewek" na plaży! Coś niesamowitego...! Będą jeszcze wracać to tu to tam, bo po prostu ich ilości, wielkości i grubości i piękno zapierały mój dech w piersiach..!

.. with this kind of 'little trees' on the beach!! Mind blowing! They will come back here and there as their numbers and size and beauty took my breath many times..!







.. wracając pomogłam pani zebrać śmiecie po fajerwerkach z 4 lipca... sporo chłamu wylądowało w Pacyfiku, a to taki spokojny ocean..:-)

.. while coming back I helped this lady to clean the beach from used fireworks...



... po drodze przez starą część kempingu (w tych domkach Daryl, jego rodzice, siostry i bracia spędzili sporo wakacji, i nie było ciepłej wody!:-)...

.. on our way back through the old part of the camping where Daryl, Alma and family used to spend a lot of their vacations -- without hot water:-))..



.. zobaczyłam ten oto znak ostrzegawczy, który robawił mnie do łez!

.. I saw this sign which made me cry laughing...



(Strefa zagrożenia tsunami. W przypadku trzęsienia ziemi uciekać do góry lub w głąb terenu).
No i nie ma się z czego śmiać, bo zagrożenie w przypadku trząśnięcia jest bardzo realne...

Well, nothing to laugh about as the tsunami danger is quite real here...

Na szczęście nie zatrzęsło i na drugi dzień wybraliśmy sie na Drugą Plażę, która wyglądała jak pierwsza, trochę inne skałki w morzu:-) no może szersza plaża no i zrobiłam tylko kilka zdjęć - aż się Daryl zdziwił.

Fortunately, the earth stayed calm and the second day we went to the Second Beach which looks as gorgeous and pretty much the same as the first beach, just different rocks jutting from the the ocean:-) It is a bit bigger beach and I took just few photos - Daryl was surprised..





Zachód słońca był tego dnia, a jakże!

The sunset was there that day of course...!





A trzeciego dnia - Trzecia Plaża! I zaskoczenie pogodowe - obserwowaliśmy cały dzień jak wyż sie siłuje z niżem. Mgła wędrowała w górę klifu i w dół, żeby w końcu odpuścić, ale potem zakryć cały świat woalem szarości i bardzo drobnego kapuśniaczku na kolejne dwa dni. Ale to bylo dnia czwartego i piątego dopiero:-)

And the third day - the Third Beach! And a weather surprise -- we watched all day as the haze and sun fought with each other. The haze was going up and down the cliff until finally the sun won the battle. But then, two days later the fog come back and covered the whole area with a veil of gray.







Jak zwykle - zachód był piękny i tego wieczora...

And as usual -- the sunset was fantastic that evening too...






... wszystko się kiedyś kończy i po sześciu dniach z wielkim żalem pożegnaliśmy La Push.. Jak się okazało, mieliśmy niesamowite szczęście, bo totalna mgła znad Pacyfiku dała nam cztery dni przepięknej pogody. Czasem słońce nie przedziera się tygodniami! Hmm, no to rzeczywiście LUCK!

Zdjęcia długo-czasowe na moim drugim blogu.


... everything however comes to an end and after six days with great regret we said Goodbye to La Push. We were very lucky as the total haze and greyness from Pacific gave us a present - four days of beautiful weather. Sometimes the sun cannot get through for weeks! Well, so we had a lot of LUCK!

Long exposure photos from evening sessions to be seen here.