Sunday, June 27, 2010

Do zobaczenia... *** See you...

.. za tydzień. Jutro rano jedziemy na 5-dniową wycieczkę rowerową.

.. in one week. Tomorrow we go for 5-day bike trip.

Snake Pit - bardzo stara knajpa z dzikiego zachodu:-)

Założona w 1868 r. przetrwała w niezmienionym kształcie i wystroju ostatnie kilkudziesiąt lat, do roku 1974 służąca jako hotelik - dom publiczny na uboczu.
Nie mogłam się skupić na jedzeniu, bo wszystko było tak ciekawe fotograficznie:)











Haiwatha Trail

W celu zrzucenia kilku kilgoramów, postawienia stopy w Idaho i Montanie, ale przede wszystkim dla poznania tego wyjątkowego szlaku rowerowego - wybraliśmy się na Haiwatha Trail.
Szlak ten powstał na długości 13 mil po bankructwie przedsiębiorstwa kolejowego Milwuakee, które zbudowało bardzo długą trasę kolejową z Chicago do Seattle w 1909 r. Była to najważniejsza trasa służąca głównie przewozom towarowym a przebito ją (dosłownie) w środku lasów i gór - in the middle of nowhere, jak to mówią Amerykanie.
Nie było łatwo podjechać pod górę oraz pokonać prawie 2-kilometrowy tunel na samym końcu, w którym temperatura spadła do ok 7-9 stopni. Ale daliśmy radę i z (prawie) błogością na twarzach zjechaliśmy tą samą trasą na dół, wśród lasów i widoków. Prawie, bo jednak jazda na rowerach górskich dała nam w kość, zwłaszcza ogonową:))











Cały szlak jest opisany - na tej tablicy zaznaczono, skąd przyjechali robotnicy budujący trasę. Jest i Polska, i Belgia i inne zacne kraje:)







I cała ekipa w komplecie: Winnie (siostra Daryla) z mężem Davem i nasza dwójka.

Main street America

Palouse to nie tylko farmy, ale także okazja do odwiedzenia kilku maluteńkich miasteczek (większych jednak niż Elk:)
Mainstreet America to nazwa tych miejsc, gdzie miasto tworzy jedna, główna ulica, na której koncentruje się całe życie miasteczka: tj. bary, sklepy, punkty usługowe, itp. A poza tym są tylko domy. I tyle.
Przejechaliśmy przez Colfax, Tekoa, Oaksdale, słodką Rosalię... Eh, wydaje się momentami, że czas stanął w miejscu albo, że baaaardzo wolnoooo płynie. Tak czy inaczej - inna jest ta mainstreet America. Z zaskoczeniem odkryłam jednak jedną z ulic w Spokane - Garland - która na małym odcinku wyglądała bardzo podobnie. Stare kino z lat 30tych, stara pralnia, stare bary... i restauracja - Butelka Mleka. Nieco bardziej miejsko, tak jakby sklepy "lepsze", ale wrażenie zwolnionego czasu dokładnie takie samo.
















A to już Garland w Spokane.








I nie mogę zagwarantować, że nie będzie więcej zdjęć z takich miejsc:))

Wielki Trawnik

... czyli Palouse. Magiczna pofałdowana kraina wielkich farm zaczynająca się 15 mil na południe od Spokane. Wybraliśmy się tam niezbyt fotogenicznego, szarego popoludnia, żeby zobaczyć te pagórki i pagóreczki. Dlaczego Wielki Trawnik? To nasze własne słowotwórstwo - "pelouse" po francusku to własnie trawnik a poza tym tak on wygląda w rzeczywistości. W tym roku wyjątkowo zielony, bo chyba na całym świecie nie było wiosny, padało bez przerwy i tutaj też. Może to lepiej... bo zobaczyliśmy nie tylko spaloną ziemię ale i inne kolory. Niestety brak słońca i szare niebo to nie jest wymarzony czas na robienie dobrych zdjęć, ale nie mamy już jak wrócić, więc się lubi, co się ma:)









Następnego dnia pogoda była ... idealna - słońce i pufiaste chmury, ale nas już nie było w Palouse. Jednak niedaleko Krainy Wielkiego Nieba (czyli pobliskiej Montany) i tak widoki nieba zapierają dech w piersiach, wychylając się tylko przez okno samochodu.

Leśny festiwal w wioseczce ELK

W Elk wylądowaliśmy u rodziny Daryla i z okazji dni Elk. To maluteńka wioska na północ od Spokane z pocztą i klubem Stowarzyszenia Weteranów Wojen (o którym później). Nie ma nawet sklepu.



Dni Elk to kilkanaście stoisk z rożnymi różnościami, scena, na której występują różne grupy i lokalni artyści w rytmach bluegrass/country (a propos - większość z nich jest naprawdę dobra!), coś mozna wypić, coś zjeść, jest nawet konkurs muzyczny "Elk's got a talent" czyli lokalna wersja programu "Mam talent".
Ale dwa najwazniejsze punkty programu to śniadanie w remizie strażackiej i zbiórka pieniędzy na jej działalność oraz PARADA! wszystkiego co jeździ - patrz zdjęcia poniżej - podczas której dzieci są zasypywane słodyczami, z czego oczywiście bardzo się cieszą:)

A więc tego dnia wstaliśmy o 7.00 i o 8.00 grzecznie stawiliśmy sie w remizie.








Po zakupieniu losów na strażackiej loterii, na której wygrać można było między innymi ręcznie robiony pled....



... zaczęliśmy szukać strategicznego miejsca, by obejrzeć paradę. Niektórzy zajęli miejsca na własnych samochodach, inni woleli składane, turystyczne siedzonka. My znaleźliśmy miejsce na moście.





Torby w dłoń! I już są! Skauci otwierający paradę! Przemarsz flagi amerykańskiej - na stojąco.






Jami! Leci deszcz słodyczy!





A potem przeszła cała parada na samochodach, koniach, wozach, przyczepach, także z politycznym bądź religijnym przesłaniem, nowocześnie, tradycyjnie i oryginalnie. Się napatrzyliśmy:)



















Po paradzie poszliśmy sprawdzić strażacką loterię, ale niestety nic nie wygraliśmy:)



Ale za to - udało się wskoczyć do SCHOOL busa! Ale miałam radochę! Drzwi zamykane na dźwignię i sympa pani kierowca. Juhuuuuuuu!:)





.. a potem RELAKSIK na ulubionym foteliku Daryla:)



Wieczorem daliśmy jeszcze radę wpaść na piwo do klubu Weteranów. Ben postawił po piwku, po czym po godzinie przyszedł zapytać jeszcze raz o nasze imiona:)) Ale bardzo cool był z niego gość:)