Tuesday, September 7, 2010

Spotkanie ze Św. Heleną *** Meeting St. Helen's

To był ostatni duży punkt programu naszego wspólnego pobytu w Ameryce. Przed nim spędziliśmy tydzień w drodze do i w La Push nad Pacyfikiem. Żeby dobrze zobrazować ten tydzień potrzeba mi więcej czasu, tyle się działo w tym malutkim miejscu, pogodowo, wewnętrznie, spotkania z kulturą Indian mających tam rezerwat.. Kilka postów tak naprawdę.. Jest już kilka zdjęć na moim drugim blogu tutaj: www.martakrause.blogspot.com a reszta będzie, pokaże się, jak ułoże sobie to wszystko w głowie..

Wracając do Św. Heleny - nie od razu wspieliśmy się po jej zboczach. Najpierw zalogowaliśny się na kemping....



... następnego dnia poszliśmy na spacer do lasu, gdzie lawa formująca górę (wulkan) Św. Heleny przed tysiącami lat zalała drzewa, te dawno padły i pozostały po nich takie tunele!




Ale największą atrakcją tego dnia były Małpie Jaskinie, nie wiem, czemu akurat tak, również uformowane w czasie, kiedy wulkany wybuchały bardzo często na tej ziemi (tutaj nie tak dawno: 2 tysiące lat temu). Nazwaliśmy je Moria, bo tak jak we "Władcy Pierścieni", wędrowaliśmy korytarzem z latarniami w totalnych ciemnościach. Musieliśmy również dobrze się ubrać, bo temperatura w jaskiniach spada poniżej 7-8 stopni.











Dnia następnego nastąpił "atak" szczytowy z "bazy" u podnoża góry. No i co tutaj dużo pisać - było ciężko, na szczycie cudownie a zejście bardzo szybkie:-)





Smarowanie kremem o bardzo wysokim stopniu ochrony - niezbędne! Przy letnim silnym słońcu i przebywaniu na śniegu kilka godzin można poparzyć sobie koniuszki uszu, albo skórę między nosem i ustami....








Aż w końcu, po sześciu godzinach wędrówki wdrapaliśmy się na szczyt!!



Spłaszczony nieco, a właściwie krater, bo prawie dokładnie 30 lat temu (w kwietniu 1980 roku) wulkan wybuchł, "zmalał" o kilkaset metrów oraz zasypał m.in. Spokane, rodzinne miasto Daryla, półmetrową warstwą popiołu. Oczywiście Daryl i całe rodzeństwo nie chodzili do szkoły przez tydzień, ale już drugi dzień szczęścia zakończył się sprzątaniem ogrodu i chodnika przed domem z popiołu... Nieudane wagary:-)





Dlaczego zdziwiłam się bardzo słysząc, że zejście z góry zajmuje tylko 2 godziny..? Bo trochę po górach w życiu chodzilam i nigdy nie było to tak krótko w stosunku do czasu wejścia (6 godzin). W połowie drogi okazało się dlaczego - można bowiem zejśc "tradycyjnie"....



... lub zjechać na własnym tyłeczku w wyrzebionych przez poprzedników rynienkach, co grozi chwilowym odmrożeniem i dobrym osiniakowaniem tej części ciała, ale kto by się przejmował!:-)



Wybrałam osobiście "drogę środka" - po pierwszym ślizgu i braku czucia w miejscu, gdzie się kończą plecy, zjechałam z góry Św. Heleny na butach...

Na zakończenie dnia drzemka okazała się totalnie nieodzowna:-))

Wednesday, September 1, 2010

Rowery po trasie Coeur d'Alenes

O naszej wycieczce rowerowej była już mała zajawka na tym blogu. Teraz pełniejszy raport.

Cała trasa liczy ok 80 mil, ale zrobiliśmy ją w dwie strony po tym samym asfalcie z braku objazdu. Widoki są jednak różne po dwóch stronach kierownicy:-) Trasa prowadzi po byłych torach kolejki wąskotorowej i jest bardzo malownicza.



Pierwszy dzień był kilerem - 55 mil czyli właściwie większość szlaku z uroczego, letniskowego miasteczka Coeur d'Alenes nad jeziorem do byłego górniczego miasteczka Kellog. A propos przewodniki piszą, żeby pod żadnym pozorem nie schodzić ze szlaku, bo tereny w okolicach tego miasteczka są ciągle mocno skażone, mimo że wydobycie srebra zakończyło się w latach 70.

W Coeur d'Alenes trafiliśmy na zawody IronMana. Masakra jakaś - 1,5 mili pływania, ok 100km na rowerze i maraton do przebiegnięcia.




Doping był bardzo konkretny - z drukowaniem specjalnych koszulek włącznie.




Na drugi dzień pożegnaliśmy Coeur d'Alenes i zaczęliśmy nasz szlak.










Kellog, do którego dotarliśmy przed zachodem słonca, to małe podupadające byłe górnicze miasteczko. Motel znaleźliśmy szybko...



... natomiast trudniej bylo z jakimś miejscem, żeby coś zjeść. W Sunshine bar nie mieli klimy:-)



A tutaj wszystko, oprócz kina, było pozamykane...





W końcu po raz kolejny w ciągu zaledwie kilku dni trafiliśmy do meksykańskiej knajpy. Jakoś od tamtego czasu nie miałam ani razu ochoty na tacos czy nachos..:-)



Wróciliśmy do motelu, powiedzieliśmy naszemu Indiańcowi "dobranoc" i spaliśmy długo snem sprawiedliwych.


Na drugi dzień udało nam się zrobić jedynie 15 mil na trasie Kellog-Wallace-Kelog. To niesamowite, jak bardzo inaczej mogą wyglądać miasteczka oddalone od siebie o kilka mil. Już na samym wjeździe do "centrum" Wallace trafiliśmy na małą knajpkę urządzoną w byłym warsztatcie samochodowym. Właściciele podtrzymują charakter miejsca wystrojem, trochę zwariowanym, przeładowanym, ale jakoś to wszystko gra.







Zjedliśmy po lodzie - mniam! - i pojechaliśmy kawałek dalej.







A następnego dnia pomachaliśmy naszemu motelowemu Indiańcowi na pożegnanie i po kilku godzinach dojechaliśmy do mijanego juz wcześniej, bardzo urokliwego miasteczka Harrison.

W jedynym miejscu do spania - hotelu łosiowym, bo wszystko było z łosiem albo w łosie, mieli dla nas ostatni pokój, jak Daryl twierdzi, z najlepszym łóżkiem podczas całego pobytu w Stanach. Wielkie, nie za miękkie, nie za twarde z bajecznie mięciutką pościelą. Za tydzień jedziemy do IKEi kupić nowy materac - już się boję:-)







Przed wyjazdem zjedliśmy lody - najlepsze podczas całych wakacji. Uwaga, to na zdjęciu to najmniejsza możliwa porcja:-)



Z żalem pożegnaliśmy Harrison, przeprawiliśmy się przez ten sam stary, drewniany most, podjechaliśmy 8 mil w górę i na sam koniec spotkaliśmy tą parę zażywnych 60-latków. Wyruszyli na swoim 20-letnim tandemie miesiąc wcześniej z Kalifornii a zakończyć chcieli po 3 miesiącach w stanie Maine na wschodnim wybrzeżu. Czyli cała wycieczka pomiędzy 4 a 5 tysięcy mil. Ciekawe, czy dojechali już..?