Wracając do Św. Heleny - nie od razu wspieliśmy się po jej zboczach. Najpierw zalogowaliśny się na kemping....

... następnego dnia poszliśmy na spacer do lasu, gdzie lawa formująca górę (wulkan) Św. Heleny przed tysiącami lat zalała drzewa, te dawno padły i pozostały po nich takie tunele!


Ale największą atrakcją tego dnia były Małpie Jaskinie, nie wiem, czemu akurat tak, również uformowane w czasie, kiedy wulkany wybuchały bardzo często na tej ziemi (tutaj nie tak dawno: 2 tysiące lat temu). Nazwaliśmy je Moria, bo tak jak we "Władcy Pierścieni", wędrowaliśmy korytarzem z latarniami w totalnych ciemnościach. Musieliśmy również dobrze się ubrać, bo temperatura w jaskiniach spada poniżej 7-8 stopni.









Dnia następnego nastąpił "atak" szczytowy z "bazy" u podnoża góry. No i co tutaj dużo pisać - było ciężko, na szczycie cudownie a zejście bardzo szybkie:-)



Smarowanie kremem o bardzo wysokim stopniu ochrony - niezbędne! Przy letnim silnym słońcu i przebywaniu na śniegu kilka godzin można poparzyć sobie koniuszki uszu, albo skórę między nosem i ustami....






Aż w końcu, po sześciu godzinach wędrówki wdrapaliśmy się na szczyt!!

Spłaszczony nieco, a właściwie krater, bo prawie dokładnie 30 lat temu (w kwietniu 1980 roku) wulkan wybuchł, "zmalał" o kilkaset metrów oraz zasypał m.in. Spokane, rodzinne miasto Daryla, półmetrową warstwą popiołu. Oczywiście Daryl i całe rodzeństwo nie chodzili do szkoły przez tydzień, ale już drugi dzień szczęścia zakończył się sprzątaniem ogrodu i chodnika przed domem z popiołu... Nieudane wagary:-)



Dlaczego zdziwiłam się bardzo słysząc, że zejście z góry zajmuje tylko 2 godziny..? Bo trochę po górach w życiu chodzilam i nigdy nie było to tak krótko w stosunku do czasu wejścia (6 godzin). W połowie drogi okazało się dlaczego - można bowiem zejśc "tradycyjnie"....

... lub zjechać na własnym tyłeczku w wyrzebionych przez poprzedników rynienkach, co grozi chwilowym odmrożeniem i dobrym osiniakowaniem tej części ciała, ale kto by się przejmował!:-)

Wybrałam osobiście "drogę środka" - po pierwszym ślizgu i braku czucia w miejscu, gdzie się kończą plecy, zjechałam z góry Św. Heleny na butach...
Na zakończenie dnia drzemka okazała się totalnie nieodzowna:-))


































