Wednesday, September 1, 2010

Rowery po trasie Coeur d'Alenes

O naszej wycieczce rowerowej była już mała zajawka na tym blogu. Teraz pełniejszy raport.

Cała trasa liczy ok 80 mil, ale zrobiliśmy ją w dwie strony po tym samym asfalcie z braku objazdu. Widoki są jednak różne po dwóch stronach kierownicy:-) Trasa prowadzi po byłych torach kolejki wąskotorowej i jest bardzo malownicza.



Pierwszy dzień był kilerem - 55 mil czyli właściwie większość szlaku z uroczego, letniskowego miasteczka Coeur d'Alenes nad jeziorem do byłego górniczego miasteczka Kellog. A propos przewodniki piszą, żeby pod żadnym pozorem nie schodzić ze szlaku, bo tereny w okolicach tego miasteczka są ciągle mocno skażone, mimo że wydobycie srebra zakończyło się w latach 70.

W Coeur d'Alenes trafiliśmy na zawody IronMana. Masakra jakaś - 1,5 mili pływania, ok 100km na rowerze i maraton do przebiegnięcia.




Doping był bardzo konkretny - z drukowaniem specjalnych koszulek włącznie.




Na drugi dzień pożegnaliśmy Coeur d'Alenes i zaczęliśmy nasz szlak.










Kellog, do którego dotarliśmy przed zachodem słonca, to małe podupadające byłe górnicze miasteczko. Motel znaleźliśmy szybko...



... natomiast trudniej bylo z jakimś miejscem, żeby coś zjeść. W Sunshine bar nie mieli klimy:-)



A tutaj wszystko, oprócz kina, było pozamykane...





W końcu po raz kolejny w ciągu zaledwie kilku dni trafiliśmy do meksykańskiej knajpy. Jakoś od tamtego czasu nie miałam ani razu ochoty na tacos czy nachos..:-)



Wróciliśmy do motelu, powiedzieliśmy naszemu Indiańcowi "dobranoc" i spaliśmy długo snem sprawiedliwych.


Na drugi dzień udało nam się zrobić jedynie 15 mil na trasie Kellog-Wallace-Kelog. To niesamowite, jak bardzo inaczej mogą wyglądać miasteczka oddalone od siebie o kilka mil. Już na samym wjeździe do "centrum" Wallace trafiliśmy na małą knajpkę urządzoną w byłym warsztatcie samochodowym. Właściciele podtrzymują charakter miejsca wystrojem, trochę zwariowanym, przeładowanym, ale jakoś to wszystko gra.







Zjedliśmy po lodzie - mniam! - i pojechaliśmy kawałek dalej.







A następnego dnia pomachaliśmy naszemu motelowemu Indiańcowi na pożegnanie i po kilku godzinach dojechaliśmy do mijanego juz wcześniej, bardzo urokliwego miasteczka Harrison.

W jedynym miejscu do spania - hotelu łosiowym, bo wszystko było z łosiem albo w łosie, mieli dla nas ostatni pokój, jak Daryl twierdzi, z najlepszym łóżkiem podczas całego pobytu w Stanach. Wielkie, nie za miękkie, nie za twarde z bajecznie mięciutką pościelą. Za tydzień jedziemy do IKEi kupić nowy materac - już się boję:-)







Przed wyjazdem zjedliśmy lody - najlepsze podczas całych wakacji. Uwaga, to na zdjęciu to najmniejsza możliwa porcja:-)



Z żalem pożegnaliśmy Harrison, przeprawiliśmy się przez ten sam stary, drewniany most, podjechaliśmy 8 mil w górę i na sam koniec spotkaliśmy tą parę zażywnych 60-latków. Wyruszyli na swoim 20-letnim tandemie miesiąc wcześniej z Kalifornii a zakończyć chcieli po 3 miesiącach w stanie Maine na wschodnim wybrzeżu. Czyli cała wycieczka pomiędzy 4 a 5 tysięcy mil. Ciekawe, czy dojechali już..?

No comments:

Post a Comment