Monday, October 31, 2011

Góra, dół, góra, dół... lasem, morzem

... po śniadaniu w malutkim ślicznym miasteczku kontynuowaliśmy jazdę.. Ten dzień naznaczył kolejne: wspinaczka z rowerami przez około godzinę oraz próby Daryla jazdy a nie prowadzenia roweru zakończyły się naciągniecięm mięśnia, więc dwa kolejne dni były mocno zrelaksowane i.... tiaaaaaa, wsiedliśmy do tego autobusu, bo wiedzieliśmy, że nie damy rady zrobić jednego dnia czterech wspinaczek po 200m każda, po żużlu, bez żadnego kempingu po drodze... Wyluzowaliśmy się, kiedy okazało się, że napotkane dwie pary na rowerach jadące w przeciwną stronę, jak się okazało, też objechały innymi drogami ten odcinek trasy..:-))
















Sunday, October 30, 2011

Dwa dni relaksu....

... i killanaście km dziennie... w rejonie ślicznego miasteczka Farsund, gdzie między innymi wykąpaliśmy się obok Domu Kąpielowo-Plażowego z początku XX w. Budyneczek drewniany, ponad stuletni a wyglądał, jak sprzed 30 lat! I ten klimacik w środku:-)) To jest jedna z tych rzeczy w Norwegii: pieczołowite dbanie o wszystko wokół, zwlaszcza o stare domy, które wyglądają niesamowicie! 


























To była najdziwniejsza noc całego wyjazdu - w okropnym przeciwnym wietrze, wierząc jeszcze, że damy radę podołać wspinaczce następnego dnia, dotarliśmy do zajazdu w byłej bazie wojskowej. Recepcja znajdowała się 1,5 km od naszego baraku, w którym było 15 pokoi i oprócz nas tylko jeden zajęty. Dwa baraki obok - puste. Wiatr wiał złowieszczo tego wieczora szarpiąc cienie drzew na ścianach naszego pokoju:-))


(widok ze śniadania na pole kempingowe, a jakże, kompletnie puste......)

Następnego ranka noga Daryla nie poprawiła się na tyle, żeby robić dziesiątki kilometrów, więc złapaliśmy autobus i dojechaliśmy do Egersundu.








Saturday, October 29, 2011

Egersund

.... absolutnie śliczne miasteczko na południowo-zachodnim krańcu Norwegii. "Magiczna godzina" (do robienia zdjęć) była przecudowna.... I tutaj właśnie spotkaliśmy rodzinkę z promu -- okazało się, że są z Egersundu:-) 
To było też pierwsze miejsce, w którym widzieliśmy kwiaty i znicze po tragedii na wyspie Utoja..  












Friday, October 28, 2011

Kierunek: Stavanger

.... przez łąki, przez pola... nie, tym razem przez bardzo ciekawe, ale i zupełnie wyizolowane miejsce nazwane 'Plac Zabaw Olbrzymów'. Kamienie wielkosci nas leżały porozrzucane w różnych miejscach a momentami wszystko wokół było tak surowe, że wręcz martwe. Ciekawe wrażenia....
Zjeżdżając już w dół spotkaliśmy małżeństwo na spacerze... Ona lekarka, on specjalista od ropy, bardzo dobrze na się rozmawiało. Bardzo zachęcali nas do wybrania się następnym razem na północ Norwegii, bo to zupełnie inna Norwegia. Punkt na listę miejsc do odwiedzenia, zobaczenia:-)










... a na sympatycznym kempingu nad morzem wiało tak, że z kolacją musieliśmy schować się w krzakach, a przed namiotem tylko czytać się dało, jako tako:-)







Thursday, October 27, 2011

Stavanger!

.... po półtorej dnia kręcenia dotarliśmy do Stavanger (na ostatnim kempingu menedżerką była Polka). Z pewną taką ulgą, bo wiedzieliśmy, że poważne rowerowanie kończy się tutaj, dalej jechaliśmy promem do Bergen i pociągiem do Oslo. Zaplanowaliśmy to wcześniej, bo licząc kilometry i dni wiedzieliśmy, że nie starczy nam czasu, żeby dotrzeć na rowerach do Bergen, gdzie i tak jedną trzecią drogi pokonuje się promami. W naszym wyborze utwierdziła nas francusko-hiszpańska parka na rowerach, którą spotkaliśmy w Egersund. Ludzie widać doświadczeni na rowerach, ale powiedzieli, że oprócz przyjemności wakacji przeżywali każdego dnia koszmar, tak było wysoko, wspinaczkowo, deszczowo i wietrznie. I jeszcze trzeba za to płacić!! ;-)))