Po przygodach dnia poprzedniego, kiedy zobaczyłam kropienie za oknem dnia następnego wpadłam w panikę i koniecznie chciałam wsiąść w autobus. Daryl nie był fanem tego rozwiązania, zwłaszcza że nie było pewności, że każdy autobus zabierze nas i nasze rowery. Dojechaliśmy na przystanek autobusowy i to było długie 20 minut rozważań: wsiadać czy nie wsiadać? oto jest pytanie....
W końcu zdecydowaliśmy się jechać.. na naszych czterech kółkach. I to była bardzo dobra decyzja. Chmury się przetarły, kropiło (nie lało!) od czasu do czasu, a nawet jeśli to znaleźliśmy schronienie kilka razy, a na koniec dnia dojechaliśmy do malutkiej wioseczki nad morzem, gdzie ucykałam trochę klatek średniego formatu pięknym starym łodziom rybackim w zachodzie słońca.. (klatki w drodze na skanowanie:-)A potem przez plażę -- tak, w Danii część dróg samochodowych jest "rodzielana" na plażową i normalną oraz w wielu miejscach samochody parkują na plaży (zgroza!) -- próbowaliśmy dojechać do duńskiego Saint Tropez, czyli Lokken.. Piach był twardy, ale za mało, żeby pedałować przez 12 km i ujechać cokolwiek..
Więc wróciliśmy na asfalt i pod wieczór byliśmy na ostatnim kempingu w Danii w Hirsthals, gdzie jak widać trafia cała Europa zanim wsiądzie na prom do Norwegii.
A opcje lunczowo/kolacyjne są delikatnie mówiąc mocno ograniczone:-) I to nie tylko na tym kempingu...












No comments:
Post a Comment